Tym razem wersja polska, nie jestem w stanie oddać tego co się działo po angielsku.

Budzę się wcześniej rano w obskurnym hotelu w Larache. W głowie jeszcze resztki snu, mam mały problem z odnalezieniem się i zlokalizowaniem gdzie jestem. Wybite okno, popękane ściany, drzwi na zasówkę i smród nie prawnej pościeli. A, hotel Cervantes… Już wiem.

Pakuje maszynę, na korytarzach zupełne pustki. Recepcja zamknięta na klucz, podobnie jak drzwi wejściowe. Odnajduje w końcu boczne wyjście i powoli wytaczam się tamtędy z moimi gratami. Na ulicy napada mnie jowialny jegomość, zagaduje z ciekawości, skąd, gdzie, po cholerę tak daleko. Dość wstrząśnięty wczorajszymi wypadkami postanawiam nadrobić dwa dni dalszego wąchania spalin i wskoczyć w jakaś komunikacje do Casablanki. Z miasta autobusy jeżdżą, ale odmawiają zabrania mnie z tak ciężkim i wielkim rowerem.

Jedź do KSAR EL KEBIR, tam złapiesz pociąg do Casablanki słyszę. No dobra, tylko 40km, droga niby płaska. Można próbować. Ta płaskość to tak nie do końca jak się okazało, większość trasy krótki zjazd i dość długie, ale o małym nachyleniu podjazdy. Ech, upał leje się z nieba, ani skrawka cienia, wiatr minimalny i w plecy, więc powietrze stoi. Kilka godzin męki i dojeżdżam do miasta. Piękne to ono nie jest w jakikolwiek sposób. Ilość śmieci, gruzu, zdechłych zwierząt, jadę jak przez strefę frontu.

Na stacji okazuje się że roweru nie wezmą, bo nie. Mijają godziny negocjacji z szefem stacji, w końcu wysyła swoich ludzi żeby załatwić taxi. Widzę taksiarza i już wiem że nic z tego. Złote łańcuchy, wąs i zaczeska na pomadzie ze skórzanym kołczanem prawilnosci. Ten błysk złotych monet w oczach i strzela facet cenę – zawiezie mnie tam za jedyny tysiąc euro. Jak już przestały mi cieknac łzy z oczu ze śmiechu pytam się czerwonego wąsatego oblicza czy to Casablanka tutaj, czy może jest jakaś w Australii czy Meksyku? Jednak okazuje się że to nie dość że ten sam kontynent to i ten sam kraj 🙂 Wtedy do akcji wkracza, jak się później okazuje, Mohammed. Starszy konduktor ze stacji, dumny Berber, akurat skończył pracę. Przysłuchiwał się całej akcji i w negocjacje cenowe wszedł prawie z drzwiami, taka krew go zalała. Natychmiast okazuje się że nie tysiąc a sto euro i to tylko mi się pomyliło itp itd

Dobra, idziemy na autobus. Zagłębiamy się w miasto, ulice handlowe. Dworzec pamięta lepsze czasy, szybko mój przewodnik ustala że najbliższy autobus jest o 4 rano. Dwie godziny kluczenia po medinie szukając jakiegokolwiek pustego hotelu kończą się zgruzowaniem u Mohammeda w mieszkaniu. Przy okazji mam okazję poznania jego chłopaków i szwagierki, szykującej się na swój ślub za kilka dni.

Do późna w nocy rozmawiamy i kolejny raz zaskakuje mnie jak podobne spostrzeżenia mogą mieć ludzie których dzieli wszystko. Opowiada o sobie, rodzinie. Słysząc że wybieram się do Dakhli ze sporym niepokojem usiłuje zmienić moje plany. “Ta droga jest naprawdę niebezpieczna mój przyjacielu” ale nawet on słyszał że łowienie extra. O 4 Mohammed odprowadza mnie na autobus i zaczynam kolejny dzień podróży.

See more 
https://www.justgiving.com/fundraising/kuba-stan

About the charity

Aware

Aware undertakes to create a society where people affected by stress, depression, bipolar and mood disorders are understood, supported, free from stigma, and are encouraged to access appropriate therapies. The three pillars of Aware’s work are information, education and support. Visit Aware.ie

Charity Registration No. CHY6748

Find out more about charity fundraising